Didgeridoo

poniedziałek, 16 listopada 2015


Moje zainteresowanie didgeridoo zrodziło się tak na prawdę dopiero w Bieszczadzkiej Legendzie. Mimo że wcześniej często napotykałam ten instrument na swojej drodze, na różnych festiwalach w wakacje i przy ogniskach, jednak nigdy mnie jakoś nie ciągnęło do trąbienia w rurę. Aczkolwiek dźwięk jaki się z niego wydobywa bardzo mi się podoba i zawsze mocno pochłania moją uwagę. Za każdym razem, kiedy ktoś gra na didgeridoo przy ognisku, mam wrażenie, że palące się drewno syczy i strzela w rytm muzyki, i zawsze mocno się przysłuchuję temu zauważonemu zjawisku. W klimatycznej scenerii jest to dość niesamowite i transowe. Zawsze byłam tylko uważnym słuchaczem i wolałam pozostać w tej roli. Nie sądziłam też, że mam tyle powietrza w płucach, aż któregoś wieczora, siedząc w Zapominajce, dorwałam się do tego śmiesznego instrumentu i za którymś razem udało mi się w końcu wydać piękne aborygeńskie dudnienie. Niezmiernie podekscytowana swoją nową umiejętnością zaczęłam biegać wokół Legendy trąbiąc ludziom nad namiotami i wtedy właśnie postanowiłam, że jak tylko wrócę z Bieszczad, zrobię sobie taki instrument z rury PCV. Kupiłam ją tego dnia, kiedy w nocy miał być ten wielki czerwony księżyc, a potem wracałam przez pół Łodzi trąbiąc sobie co jakiś czas. Wydałam na nią niecałe pięć złotych i z siedem razy tyle na lakiery i farby, ale ileż frajdy może sprawić malowanie kangura na rurze PCV? Nie do opisania :)





Ma nawet kangura, żeby było, że jest prawdziwe z Australii, a nie z jakiejś Castoramy :P


1 komentarz:

  1. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Człowiek uczy się całe życie ^^


    Zapraszam serdecznie na mojego blogaska graficznego. Z góry dziękuję. Mam nadzieje, że moje prace Ci się spodobają i może pozostawisz po sobie komentarz, opinie? :)
    http://only-4-art.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń