Kocie opowieści

sobota, 21 marca 2015


Poznajcie historię mistrza kociej psychodelii, niepospolitego ilustratora urodzonego czterdzieści sześć lat przed Albertem Hofmannem - Louisa Waina.

Louis Wain przyszedł na świat w wiktoriańskiej Anglii w 1860 roku w rodzinie klasy robotniczej. Urodził się z tzw. zajęczą wargą, przez co do szkoły poszedł w wieku dopiero dziesięciu lat. Uwielbiał chodzić na wagary i spacerować po ogromnym Londynie. Dostał się jednak do London School of Art. Przez krótki czas był tam także nauczycielem, potem natomiast został „wolnym strzelcem”, współpracującym jako rysownik z rozmaitymi czasopismami.


Pierwszym publicznym objawieniem kotów Waina była ilustracja kociego przyjęcia wigilijnego z 1886 roku, choć wcześniej chętniej rysował raczej buldogi. Dachowcami zainteresował się po jakimś czasie, kiedy to jego żona zachorowała na raka. Wówczas to szczególnego znaczenia w życiu Wainów nabrał kot Peter, którego Louis nauczył rozmaitych sztuczek, aby rozbawić cierpiącą małżonkę. Peter stał się też bohaterem serii szkiców Waina i podobno można go rozpoznać w wielu późniejszych pracach. 



Początkowo koci świat zdawał się być sympatycznym miejscem, w którym zwierzęta opalały się na plaży, siedziały w fotelach, paliły fajki, grały w krykieta, czy w golfa. Często przesiadywał w restauracjach i miejscach publicznych w celu obserwowania zachowań ludzkich i w ramach żartu uwielbiał przedstawiać koty w zarejestrowanych przez siebie sytuacjach. Bawił go osiągany efekt podwójnej natury.


Poza ogromną wyobraźnią Wain obdarzony był także niesamowitą pracowitością. Potrafił spłodzić nawet kilkaset rysunków rocznie (głównie ilustracje do różnego rodzaju książek dla dzieci, czasopism, magazynów). Pomimo tego faktu, jak i jego ogromnej popularności, żył bardzo skromnie. Pozbawiony był zmysłu właściwego inwestowania zarobionych funduszy oraz zmuszony był do utrzymywania swej matki i sióstr po śmierci ojca. Był to człowiek prostoduszny, naiwny, łatwo ufał ludziom, którzy często go wykorzystywali.


Z czasem Wain zaczął przedstawiać koty z wyraźnie przerysowaną mimiką twarzy. Zaczęły wyglądać na zaniepokojone zmianą otoczenia w jakim się znalazły. Zdezorientowane rozglądają się na boki, nie wiedząc skąd wzięły się te wszystkie kwiatki dookoła. Potem zdają się być już bardziej oswojone. Pewniejsze brykają sobie wśród egzotycznych motywów. Stają się odbiciem psychiki artysty, która uległa mrocznym siłom. Czasem swoją mimiką sprawiają wrażenie naigrywania się z Waina, tak jakby chciały powiedzieć "czekaj tylko aż zobaczysz co potrafimy".



Z początkiem XX wieku jego sytuacja materialna zaczęła się pogarszać. W tym czasie zmarła również jego matka, co widocznie pogłębiło jego i tak nie najlepszy stan psychiczny. Z niezwykle ufnego jegomościa stał się ponury, małomówny i podejrzliwy wobec innych. Kontrowersje zaczęło budzić coraz dziwaczniejsze zachowanie Louisa. Uważał na przykład, że ekrany kinowe wysysają energię z ludzkich mózgów. Oprócz długich, nocnych spacerów zaczął coraz więcej czasu spędzać zamknięty w swoim pokoju, tracąc czas na czynnościach pozbawionych sensu, pisaniu dziwnych tekstów czy częstym przesuwaniu mebli. Miewał urojenia, co prowadziło do częstego nieodróżniania fikcji od rzeczywistości. W wieku trzydziestu lat Louis Wain po raz pierwszy wylądował w szpitalu na skutek nieobliczalnych zachowań, które według lekarzy spowodowane były atakami psychozy i schizofrenii. Zapewniono mu tam odpowiednie warunki do dalszego rysowania, pokój z wyjściem na ogród oraz odpowiednią dawkę kotów.


By kotom nadać dodatkowego wymiaru, wysnuto teorię, że schizofrenia artysty wywołana została przez Toxoplasma gondii - pasożyta znajdującego się w kocich odchodach. Jednak później na podstawie zaobserwowanych objawów dowiedziono, że Louis Wain nie był chory na schizofrenię. Chorobą izolującą go społecznie miał być natomiast zespół Aspergera, będący odmianą autyzmu.


Choć już od początku rysunki Waina nie były zbyt normalne, załóżmy, że antropomorfizacje możemy wybaczyć, bo ileż to mamy onirystycznych ilustracji w tamtych czasach (np. Alicja w Krainie Czarów). Ale co z wielkimi psychodelicznymi oczami, pedantycznym rysowaniem każdego włosa z sierści i zbytnią dbałością o szczegół jeszcze przed chorobą? 


Niektórzy sądzą, że "bajzel" w jego umyśle mógł zacząć się już wcześniej, albo że zawsze miał do niego skłonności. Być może to, co tworzył w okresie szpitalnym, odzwierciedlało stan jego umysłu w danym momencie, choć zdania na ten temat są różne. Nie sądzę, żeby naprawdę widział takie cuda. Kolorowe fraktalne struktury i prawie idealna symetria mocno kojarzą się z twórczością po LSD. To właśnie psychodeliczny aspekt jest najbardziej intrygujący w pracach Waina. 


Istnieje wiele podobieństw pomiędzy przeżyciami osoby pod wpływem psychodelików a schizofrenikiem. Pod koniec XIX i na początku XX w. meskalina uważana była za chemiczny odpowiednik zaburzeń psychotycznych i była czasami zalecana przy leczeniu pewnych dolegliwości psychosomatycznych. Lecz dopiero po odkryciu "kwasu" pojawiło się prawdziwe zainteresowanie możliwością terapeutycznego zastosowania takich środków. Początkowo żywiono nadzieję, że LSD (jak również konopie czy meskalina) wyjaśni istnienie niezwykłych stanów świadomości. Lekarze byli bezpośrednio zainteresowani znaczeniem takich środków dla schizofrenii. Gdybyśmy potrafili odkryć, w jaki sposób LSD działało na mózg, istniałaby nadzieja na to, że potrafilibyśmy zastosować tę wiedzę do leczenia zaburzeń psychotycznych. Czy w takim razie zagadka pochodzenia kwaśności kotów rozwiązałaby się? 
Mnie natomiast zastanawia, czy osoba malująca tak niesamowite, psychodeliczne obrazy, śniła wizje równie, a może jeszcze piękniejsze?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz