Człowiek z wielką plastikową głową zrobił mi dobrze

piątek, 18 lipca 2014

Frank, reż Leonard Abrahamson

 Jon jest typowym przedstawicielem pokolenia Y – mieszka z rodzicami, pracuje, połowę życia prowadzi na Twitterze i jest przekonany o własnej wyjątkowości. Właściwa akcja zaczyna się od tego, że nasz ambitny bohater dość komicznym przypadkiem trafia do grupy Soronprfbs na klawisze. I dalej w podobnym klimacie rozpoczyna się jego przygoda w owym  d z i w n y m  zespole, którego liderem jest ekscentryczny Frank.


 Jak Domhnalla Gleesona bardzo lubię, to postać Jona nieco mnie męczyła. Wstydziłby się pisać takie piosenki u boku Franka i być takim żałosnym człowiekiem. Całe życie roi mrzonki istniejąc w wielkiej ułudzie, bo jest typowym gówniarzem naszej generacji (patrz: cała filozofia Fight Clubu).



 Zakończenie filmu wywołuje u Lindy mieszane uczucia. Bo generalnie cały film czekamy na twarz, jednak wolałabym chyba gdyby do końca pozostała nieokreślona. No ale skoro już scenarzysta tak ułożył plot, w obecnej sytuacji jestem wielką fanką pokazania rudemu gdzie jego miejsce.


 Absurd głowy jest absurdem do czasu, w którym dowiadujemy się na koniec, tuż po kolorowej animacji, że film był inspirowany prawdziwymi postaciami (Jon Ronson, Frank Sidebottom, Don Van Vliet).


 Bardzo spodobało mi się stwierdzenie, że Frank to podróż do wnętrza głowy.

 Jej właściciel ma wielki talent i jest prawdziwą jednostką wybitną. Jest to fakt bardzo przygnębiający dla nas "igreków". Każdy chce być jak Frank. Każda kosmiczna małpa chce.
(Może trochę nadinterpretuję myśl filmu, jednak ja tak go właśnie odczytałam.)


 Frank działa na nas przez satyryczność, przez klimat, ale przede wszystkim przez dziwność. Większość z nas znajdzie coś we Franku, bo jest to film o outsiderze. To motyw niewyczerpalny. Nie ma więc dwóch takich samych outsiderów – nie byliby wtedy outsiderami. Co ciekawe okazuje się, że temat ten nigdy się nie nudzi, a my, widzowie, chcemy więcej i więcej. Jesteśmy bardzo zainteresowani ich przeżyciami wewnętrznymi, chcemy patrzeć jak radzą sobie ze światem. To film o szukaniu swojego miejsca i odnajdywaniu własnej tożsamości. I utożsamiamy się z tym poszukiwaczem tożsamości. Uwielbiamy to.

 Lecz żeby uwielbiać Franka trzeba mieć specyficzny gust filmowy i być wyrozumiałym w stosunku do naprawdę chorych sytuacji.


 Jak generalnie moja recenzja jest raczej negatywna, Frank jest bardzo dobrym filmem, scenarzysta jest bogiem, a zdjęcia dziełami sztuki. Jeden z najlepszych filmów jakie w tym roku widziałam.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz