Kolory #1: A few shades of orange

środa, 19 marca 2014




Inspiracjami do tego postu i rozpoczęcia cyklu Kolory było wiele motywów. Ale wyobraźcie sobie, że wszystko zaczęło się od obrazu, który ponad półtora roku temu, szczęśliwie odnaleziony i zrekonstruowany, powrócił do Muzeum Narodowego w Warszawie. Obraz zaginął podczas II wojny światowej i przedstawiał ubogą handlarkę z warszawskiego Powiśla, tzw. Pomarańczarkę.


Cóż to więc za obraz i co przedstawia? Na pierwszym planie widzimy starszą kobietę patrzącą na nas zmęczonym i smutnym wzrokiem. Ma ubogie ubranie, na głowie czepiec uwydatniający prosty przedziałek na rudych(?) włosach, na ramionach przerzuconą ciemnoczerwoną chustę. Na rękach przewieszone dwa kosze, w rękach robótkę ręczną, druty. W tle widać dachy warszawskich domów i słynne wieże kościoła św. Krzyża. Nie byłoby w tym obrazie nic niezwykłego, gdyby nie kontrastowa zawartość koszyka: soczyste pomarańcze, tak bardzo niepasujące do brunatnych ubrań kobiety i mglistej Warszawy za jej plecami. Autor – Aleksander Gierymski – uwiecznił przekupkę w latach 80′ XIX wieku. Obrazu, mimo swojego porywczego charakteru i częstego niezadowolenia z efektów końcowych, szczęśliwie dla nas nie zniszczył. Historia jednak nie obeszła się z nim najłaskawiej.


Na chwilę przed i podczas II wojny światowej profesor Stanisław Lorentz, dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, prowadził podczas powstania warszawskiego kronikę. Zapis z 9 października 1944 roku (chwilę przed zakończeniem Powstania) dotyczy grabieży dokonanej przez Obersturmführera Arnhardta (m.in. skrzyń z malarstwem polskim i obrazów „dużego formatu” przechowywanych luzem). Nie ma tam informacji ani o Pomarańczarce, ani o skrzyni „MP 11”, ale właśnie ten dzień można uznać za dzień zaginięcia obrazu. Zaraz po wojnie obraz wpisano na listę strat wojennych. Specjalny departament Ministerstwa Kultury i Sztuki, mimo licznych starań, nie zdołał odnaleźć Pomarańczarki. Nie zdołał…aż do roku 2011, kiedy dzieło Gierymskiego pojawiło się na jednej z aukcji w niewielkim domu aukcyjnym w Niemczech. Cena wywoławcza – śmieszna – niespełna 4.5 tys. Euro. Jak na arcydzieło rodzimego malarstwa to cena nieco zaniżona.


Czemu piszę o tym obrazie? Powody są niezwykle proste. Pierwszy to zbliżająca się duża wystawa monograficzna artysty w Muzeum Narodowym (startuje 20 marca, więcej informacji znajdziecie tutaj, warto się na nią wybrać), drugi to kolor pomarańczowy właśnie. 


Nie lubię pomarańczowego. Jest najgorszym z kolorów. To jedna z tych barw, która napawa mnie niebywałą nienawiścią. Takie wyznanie nie brzmi zbyt dobrze na wstępie. Wiem. Ale jednak to właśnie pomarańczowemu poświęciłam cały ten post.


Kolor bardzo słoneczny, zdecydowanie ciepły i przez większość odbierany za optymistyczny. Wiosną i latem nosimy się w tym kolorze praktycznie od stóp do głów jak przedstawia to Alberta Ferretti w kwiecistej kolekcji Spring 2014 na Fashion Weeku w Mediolanie:



Lub minimalizm Stelli McCartney w zeszłorocznej kolekcji gdzie pomarańczowy prezentuje w połączeniu z bielą (przyznam, że z bielą wygląda nawet fajnie)


Swoją drogą bardzo lubię minimalizm w ubiorze. Uwielbiam geometryczne formy lub całość stroju stonowaną z mocnym akcentem na jeden element lub dodatek. W tej wersji pomarańczowy sprawdza się znakomicie.


Byleby z daleka od twarzy! W każdym razie dla mojego typu urody pomarańczowy jest kolorem, którego powinno się stanowczo unikać. Stąd też może moje uprzedzenie. Jednak nie wszystkim musi być w nim źle. Na przykład świetnie wygląda u Azjatek. A warte uwagi są modne wiosną pomarańczowe szminki ostro odróżniające się od reszty makijażu i konkurujące z ognistą czerwienią.



Warto też wspomnieć o rudzielcach. Bardziej marchewkowych lub mniej, ale o kolorze włosów zaliczanym do palety oranżów.



Na koniec wspomnę o kolorystyce noszonej przez Clementine w Eternal Sunshine of the Spotless Mind. Nie mam na myśli tylko ohydnych pomarańczowych włosów z ogromnymi odrostami, ale ogółem styl i połączenia jakie preferowała, na czele z pomarańczową bluzą i niebieskimi włosami (oczywiście także z odrostami).


Eternal Sunshine jest jednym z moich ulubionych filmów, a postać Clementine, w którą wcieliła się Kate Winslet została wykreowana bardzo fajnie, tymczasem jej wygląd często negatywnie działa na moje wrażenia estetyczne i poczucie koloru. Jednak bohaterka bardzo dobrze wpasowuje się w fabułę charakterem, a ekscentryczny wygląd harmonizuje z osobowością i jest nie byle jakim charakterystycznym elementem filmu.


To czy lubimy jakiś kolor jest wyłącznie związane z naszymi skojarzeniami. Nie ma brzydkich kolorów. A te, które właśnie takie nam się wydają uruchamiają w naszej podświadomości wspomnienie, które nas do owej barwy zniechęciło. Generalnie źle wyglądam w pomarańczowym, moja skóra wydaje się wtedy niezdrowa, a włosy suche. Jednak miło jest popatrzeć na kogoś kto promienieje w tym kolorze.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz