🌈Jestem tym co tworzę 👩‍🎨

środa, 21 lutego 2018


Ale nie jestem swoją pracą. Określają mnie moje rzeczy, ale nie jestem nimi. Wyglądam jak to co tworzę czy to co tworzę wygląda jak ja? Gdzie się kończy Linda, a zaczyna rafa koralowa?

Ja i moja "Biomorficzna Forma", bo taki tytuł w rzeczywistości nosi ta rzeźba, w przeciągu ostatnich kilku miesięcy obroniłyśmy się, udekorowałyśmy Krainę Neptuna na drugim Mikroklimacie, błyszczałyśmy na dwóch konkursach z czego jeden przyniósł mi sławę i bogactwo. Teraz czekają na nas największe europejskie festiwale, a potem cały świat! 🌎 



Ale wróćmy jeszcze do początku, do przełomowych wakacji, podczas których wszystko się zaczęło, do tych samych wakacji, kiedy Elf ukradł laleczkę Shpongle i tych samych wakacji kiedy wykiełkował w mojej głowie pomysł na animację z Panem Kleksem. Tak, moja rzeźba też bierze swój początek w czasie tych dwóch upalnych miesięcy spędzonych na transowaniu, pogowaniu i spełnianiu marzeń.


Byłam wtedy nowa w psytransach. Pierwszy open air - od razu wolontariat, pojechałam stopem w Bieszczady na festiwal, który dla przeciętnego Kowalskiego ma pewnie więcej wspólnego z dziką imprezą dla nudystów niż ze zjazdem dredziarzy w szarawarach tańczących do piosenek o kosmosie w elektronicznym wydaniu. Świeżym spojrzeniem chłonęłam wtedy najwięcej inspiracji. Wszystko zdawało się wtedy zamykać w jedną całość, łączyłam kropki, tak jak na kwasie gwiazdy w ogromne psychodeliczne mandale na sklepieniu niebieskim. Wszędzie widziałam lycry, string arty, backdropy, lycry, string arty, backdropy... Las, kosmos, cyrk, las, kosmos, cyrk... To najczęściej wybierane motywy na psytransach jakie zdążyłam zaobserwować. Od początku szukałam nowatorskich rozwiązań, oryginalnego tematu i nietuzinkowych materiałów. A gdyby tak poszukać inspiracji gdzieś daleko, gdzieś w odległej krainie, w kompletnie innym świecie, tak innym jak inne są doświadczenia psychodeliczne od świata który znamy nacodzień. Podążając tym tokiem myślenia do raf koralowych przywiodły mnie kolorki, kształty, i faktury. Wiem, że dekoracje psytransowe żyją własnym życiem i w ich świecie nie istnieje pojęcie kicz, a trytki i szara taśma to niezbędnik każdego wolontariusza. Tyle razy byłam wolontariuszką, że pragnęłam wynaleźć nowe medium do tworzenia dekosów. Byłam też znakomitą eksploratorką wszystkich bałuckich lumpeksów i ostatecznie tam przecież zaopatrywałam się w materiały. Liczyły się przede wszystkim faktury, kolory, waga i łatwość w transporcie.

Pierwszy szkic
Czysto formalistyczny charakter mojej rzeźby jawi się w kilkudziesięciu patentach na przekształcenie tekstyliów, wełny i włóczek w wielokolorowy kolaż przypominający nagromadzenie szkieletów organizmów rafotwórczych. Wybór materiałów najczęściej stosowanych w przemyśle odzieżowym był świadomy i swoją nieoczywistością ma skłaniać odbiorców do sięgnięcia po wrażenia sensoryczne poprzez dotyk. Całość oświetlona światłem UV, które wydobywa magię i dodaje życia koralowcom. Rzeźba w założeniu ma dostarczać osobliwych doznań angażujących kilka zmysłów. Charakterystykę podwodnych organizmów oddałam także w kolażowej strukturze z jakiej składa się rafa koralowa, a jej układ zależy od naturalnych procesów rafotwórczych. Korale i cała reszta kolorowych żyjątek porastają skały w sposób nieuporządkowany, tworząc skomplikowane kompozycje ekosystemów powołanych do życia przez matkę naturę. W jakim celu? To jest pytanie z działu filozofii przyrody i zostawię je filozofom. Za to wiem, że moja rzeźba jest formalistycznym uwielbieniem bogactwa świata przyrody.




W trakcie procesu powstawania dyplomu, na korektach, kiedy cudem udawało mi się wyszarpnąć pół godziny z życia mojemu zapracowanemu promotorowi, zerkał na mnie - na rzeźbę, na mnie - na rzeźbę. Jego kamienne zmarszczki na czole i kąciki ust delikatnie unosiły się do góry, a potem mówił: "A ty znowu ubrałaś się w ciuchy, które miały pójść na rzeźbę! Wyglądem bardzo przypominasz mi tego twojego stwora, którego tutaj budujesz". Potem podchodził do rzeźby, tykał ją palcem i gadał coś dalej o dredach, motywach kwiatowych, koronkach, mięsistych swetrach i pomponikach, które tak bardzo lubię. Nie powiem, że nie, był to jeden z milszych i oryginalniejszych komplementów jakie otrzymałam. Temat porównania mojej osoby z moją pracą dyplomową powrócił także na samej obronie. Dostałam bonusowe pytanie od dziekana dotyczące dobrania mojej stylizacji pod rzeźbę. Zdradziłam się mówiąc, że wybór nie był przypadkowy.



Dzień 4 listopada to dzień, w którym cały wszechświat sprzyja paczce przyjaciół z Pabianic, których połączyła legendarna antresola i kilka słomek. To dzień, w którym ich marzenie o obudzeniu psychodelicznej kultury w Łodzi mogło się ziścić i to w tak widowiskowy sposób. Pewna bliska mi osoba podsumowała Mikroklimat vol. 2: "Fajnie było się bawić w głowie Lindy". Tak! Tak! Tak! To właśnie zobaczylibyście gdybyście odkręcili moją dredziastą kopułę. UVki, włóczki, pomponiki, ukwiały z wełny... a wszystko to pływa w oceanie kwaśnych dźwięków. Czy to działo się w ogóle naprawdę?! Niech ktoś kto tam był powie, że to faktycznie istniało. A kto nie był niech żałuje. Od tamtej pory obchodzę urodziny 4 listopada, a na drugie mam Neptun 


A teraz czas na podziękowania. Dziękuję sieci lumpeksów Dukat, która dostarczała nam najtańsze, najbardziej kolorowe i włochate swetry. Dziękuję Antresoli, bez której Mikroklimat by przecież nie istniał. Dziękuję mojemu  wcześniej wspomnianemu już promotorowi za wzięcie pod swoje skrzydła, zaufanie i akceptowanie moich dziwnych pomysłów, opiekę nad procesem powstawania i nietuzinkowe komplementy. Dziękuję moim rodzicom, że wspierali mój rozwój artystyczny. Dziękuję Albertowi Hoffmanowi, bo bez niego nic by się nie stało co się stało, od niego wszystko się zaczęło 31 stycznia 2015, pamiętam to jakby to było wczoraj. Dziękuję wszystkim wyplataczom, zawiązywaczom i malarzom, którzy dzielnie pracowali przy ściennych dekoracjach na Mikroklimat oraz dziękuję wszystkim tragarzom i szoferom, których zatrudniałam do noszenia i wożenia tej kupy poklejonych swetrów wte i nazad.

całuski i brokat
Linda Neptun Lemon 😘 

🐗 Las performance 🙃

środa, 7 lutego 2018

W ubiegłą niedzielę wybraliśmy się z Jajużem na spacer do lasu i spotkaliśmy dziki.
A potem staliśmy na głowie.
No, prawie...





✨Ch-ch-ch-ch-changes✨

niedziela, 28 stycznia 2018


🎵(Turn and face the strange)🎵

Dawno mnie tu nie było. Wspominałam już, że w październiku przeprowadziłam się do Sopotu i jestem tu szczęśliwa?
Nie? To zobaczcie zdjęcia 😃


A chwaliłam się już, że we wrześniu zajebiście się obroniłam i dostałam nagrodę w konkursie na najlepszy dyplom licencjacki? Nie? To owoce trzech lat zabawy na łódzkiej akademii zaprezentuję Wam niebawem 😉


🐋 Ahoj transiarze! 🦑

wtorek, 10 października 2017


Prasujcie swoje szarawary, odstawcie fluor, bo już za moment, już za chwilę razem z Kolektywem Antresola zanurkujemy w ocean kwaśnych basów! 4 listopada to będzie dzień, w którym moja rzeźba dyplomowa opuści mury szkoły by zabłysnąć w UV-kach na już drugim Mikroklimacie.
Łapcie LINK
 🌊 Bul, bul... 💦



🍣 Pom pom sushi 🍣

wtorek, 15 sierpnia 2017





 Futomaki, nigiri, marnowany imbir, wasabi - wszystko z pomponów i filcu! Wełniane frykasy przyklejone do czarnej podkładki i powieszone na ścianie wyglądają bardzo fancy. Sushi i wełna to moje ulubione rzeczy z kategorii jedzeniowej i plastycznej, a miks tych dwóch materii wywołuje u mnie rozkosz tej części mózgu, dzięki której Linda jest Lindą. Swoją drogą mój mózg chyba stał się różowym kłębkiem wełny, bo ostatnio wpieprzam ją praktycznie wszędzie 🙃.
To co widzicie na zdjęciach to prezent urodzinowy dla Ani. Wszystkiego najlepszego moja psiaps od wydawania kroci na sushi!!!

Nowe oblicze chodnika z Ikei

poniedziałek, 31 lipca 2017








Kolejny post z fali krawieckich wojaży. Co prawda tę torebkę uszyłam już jakiś czas temu, ale dalej mam zajawkę. Znowu cały weekend ściboliłam i powiem wam, że nic mi tak dobrze nie wchodzi podczas szycia jak dark foresty (chyba, że Bestbir kokosowy z Netto 😉). 24-godzinny set Goa Gila z zeszłorocznej Ozory idealnie pasuje do turkotu maszyny.

Dałam 10 zł za nieduży dywanik z Ikei, pasek znalazłam na śmietniku, ekspres miałam w domu, a napy nabił mi szewc za kilka Polskich złotych. W założeniu jest to saszetka do noszenia na biodrach, coś jakby nerka, ale jakby się uprzeć można też nosić na ramieniu jako torebkę. Przeszła już test bojowy na Dharmie i recenzuję, że swoje festiwalowe funkcje spełnia bez zarzutu. 👍


To jest szycie!

niedziela, 30 lipca 2017






Piórnik uszyłam z materiału wyszperanego w moim ulubionym lumpeksie. Kiedyś chyba był to kawałek płótna z pejzażykiem do wyszywania, na co wskazuje numeracja i legenda kolorów do użycia. Myślę, że tkanina fajniej wygląda w swojej nowej roli. Uwielbiam tekstylne dodatki i galanterię w takim surowym stylu! <3

Ostatnimi czasy częściej siadam do maszyny by stworzyć coś ciekawego. Wczoraj na przykład jak wyjęłam ją o dwunastej, tak schowałam koło dwudziestej pierwszej! :O. Wynik wczorajszego starcia z igłą, nitką i prześcieradłem cholernie mnie cieszy. Efekt zaprezentuję niebawem.


☀ Cześć słońce! ☀

piątek, 12 maja 2017

Łapiąc promienie dzisiejszego słonka w końcu sfotografowałam moje nowe cacko. Skórzaną nerko-torebkę wykonałam w całości sama, włącznie z pomponikami i frędzlami. Tylko naszywki kupiłam w pasmanterii, a pasek jest z lumpeksu. 
Czyż nie jest przeurocza? ❤❤❤






Kot rzuca mysz

środa, 26 kwietnia 2017

 Tak kończy się ta historia złota 
Mysza rzucona przez kota


P.S. Ja jestem myszkiem.

Błękitne piórka

poniedziałek, 24 kwietnia 2017